Zaloguj się lub Zarejestruj za darmo

Wampirze Łzy cz. I

Był środek nocy a nad polem bitwy od wielu godzin szalała Czerwona Burza - zwiastun śmierci. Aurelius czuł jednak, że bogowie mu sprzyjają a deszcz oznacza klęskę przeciwników. Przed rozpoczęciem się walk modlił się długo o przychylność bogini Azury. Dowódca zdawał sobie sprawę, że jego lekkozbrojne wojska nie mają szans w walkach na otwartej przestrzeni równin Ghaji z pancernymi hufcami Zamberi. Jednak, gdy wojska czarownicy ruszyły do ataku niebo w ciągu kilku chwil pokryło się grubą warstwą czerwonych deszczowych chmur. Niedługo później obciążone konie wojsk Zamberi ugrzęzły w błocie dając szansę Aureliusowi. Pomimo przytłaczającej większości czarnych zastępów czarownicy armia Cyrodil wciąż przebijała się przez tłum wojsk nieprzyjaciela. Sam wódz walczył dumnie w pierwszym szeregu. Celem wyprawy było zdobycie Laski Wszechmagii - potężnego artefaktu, dzięki, któremu zła czarownica wychodziła zwycięsko ze wszystkich bitew. Aurelius dostrzegł ów broń pomiędzy walczącymi. Była wbita w skałę i pokrywała pole walki delikatną niebieskawą mgłą. Wojownicy obu armii zdawali się omijać to miejsce podświadomie obawiając się potężnej mocy. Aurelius odparowywał ataki rycerzy zbliżając się powoli do upragnionego celu. W tym momencie potężny błysk zwrócił uwagę walczących. Żółta błyskawica trafiła w pierwszy rząd dzielnie walczących rycerzy Cyrodil. Wódz opadł na ziemię w kłębach dymu. Jednak armia Aureliusa znalazła się już w ochronnym polu artefaktu i po chwili wódz powstał. Kolejny błysk, który miał ostatecznie zabić dowódcę nie osiągnął celu. Tym razem Aurelius zdołał wykonać unik rzucając się w kierunku Laski.
- Nie pokonasz mnie tymi fajerwerkami, Zamberi - krzyknął nie przerywając biegu. W tym momencie z mgły wyłoniła się postać kobiety ubranej w długą, zieloną szatę powiewającą na wietrze. Na głowie nosiła srebrny diadem kontrastujący z ciemnymi włosami i karnacją czarodziejki.
- Przekonajmy się! - powiedziała Zamberi z dzikim uśmiechem. Aurelius rzucił się w jej stronę. Biegł szybko i pewnie z mieczem w dłoni. Czarodziejka uniosła ręce w górę przygotowując się do rzucenia jakiegoś potężnego zaklęcia. Nagle, gdy wojownik był tuż przy niej ułożyła ręce równolegle i z jej dłoni w kierunku Aureliusa wyleciał złocisty dysk. W tym samym momencie wódz wyskoczył w powietrze unikając pocisku, który uderzył w ziemię eksplodując i tworząc potężny krater w miejscu gdzie przed chwilą stali żołnierze czarownicy. Eksplozja nie mogła dosięgnąć wojownika, który był już w powietrzu. Aurelius obrócił się w locie i wyprowadził potężny cios mieczem prosto w kark czarodziejki. Wojownik wylądował. Zamberi stała jeszcze przez chwile kompletnie zaskoczona, gdy jej głowa ześlizgnęła się z karku i upadła na ziemię z głuchym odgłosem. Aurelius wstał nie spojrzawszy nawet na wciąż zdziwiony wyraz twarzy odciętej głowy i podszedł do Laski Wszechmagii.
- Larano! - zawołał ktoś tyłu. Jednak on nie zaprzątał sobie tym w tej chwili głowy. Najważniejsze było że dotarł wreszcie do celu swojej długiej wędrówki.
- Larano! - powtórzył groźnie głos - Larano wstawaj!! Miałeś pilnować pasących się guarów!
- Co? - otworzył niepewnie oczy chłopak.
- Znów śpisz, a masz pracować! Jeden guar ci uciekł! Szukaj go teraz jeśli spaprałeś robotę to będziesz się modlił żebym cię zabił!
- Już idę Panie - wymamrotał niezadowolony z przerwania wspaniałego snu.
Larano przebywał u swojego właściciela od paru miesięcy. Jakieś pół roku temu handlarze niewolników znaleźli go na trakcie wiodącym do Molag Mar. Leżał tam nie przytomny nie pamiętając nic ze swojej przeszłości. Inni niewolnicy powiedzieli mu, że wygląda na bretońskiego młodzieńca, który prawdopodobnie w wyniku ran głowy stracił pamięć. Dlatego też współtowarzysze nadali mu to imię oznaczające w języku elfów osobę o słabej pamięci. Chłopak przyzwyczaił się do imienia i przystał na domniemaną ranę głowy. Sprzedano go do pewnej rodziny mieszkającej wraz z potomstwem w pobliżu Tel Vos na Pastwiskach Vvardenfell w Morrowind, prowincji cesarstwa. Miał ciemne, proste włosy i brązowe oczy. Jego właściciele utrzymywali się z hodowli guarów, dość dużych, w miarę łagodnych dwunożnych jaszczurów. Ich skóra i mięso było dość popularne w całym Morrowind. Zdawał sobie sprawę, że udało mu się trafić do dobrego miejsca. Nie próbował stamtąd nigdy uciekać ponieważ Bracer, znajdujący się na jego ramieniu, osłabiaj go w miarę jak oddalał się od swojego właściciela. Gdyby zaszedł zbyt daleko, upadłby nieprzytomny na ziemię czekając aż zostanie znaleziony.
Teraz Larano musiał się skupić na poszukiwaniu zgubionego zwierzęcia bo wiedział że cierpliwość pana Naihana może się skończyć, a on zostanie sprzedany do jakiejś kopalni.
- Ah... jak bym chciał być sławnym bohaterem... nie musiałbym słuchać żadnych poleceń ani zajmować jakimiś śmierdzącymi jaszczurkami. Muszę szybko znaleźć tego głupiego guara.
Chłopak szukał zapalczywie przez kilka godzin, zapadł zmrok, ale nie odnalazł zguby. Wtedy dostrzegł jaskinię. Otwór był na tyle duży, że mógł się w nim zmieścić guar. Jaszczurki na noc chowały się do miejsc tego typu więc podszedł bliżej. Zawołał. Dało się słyszeć ciche świszczenie. Zagłębił się dalej w jaskinie, aż dotarł do dość obszernej komnaty. Przez dziurę w sklepieniu do pomieszczenia sączyło się delikatne białe światło księżyca. Larano dostrzegł osobę w rogu jaskini. Siedziała skulona i oddychała z trudem, musiała być bardzo ciężko ranna. Podszedł bliżej, postać zdała się go zauważyć, gdyż poruszyła się i na chwilę wstrzymała oddech. Podszedł jeszcze bliżej wtedy podniosła się spuszczona głowa i Larano dostrzegł jego kompletnie białe oczy i bladą twarz. To był wampir. Demon otworzył usta ukazując swoje białe kły i rzucił się niespodziewanie z olśniewającą szybkością na nieświadomego chłopca. Larano upadł na ziemię przerażony. Wampir już miał dokończyć swojego dzieła pochylił się nad chłopcem i spojrzał w jego oświetloną przez księżyc twarz. Odskoczył jakby porażony tym co przed chwilą zobaczył. Stał przez chwile zgarbiony jakby nie wiedząc co powiedzieć.
- Nie, nie... uciekaj chłopcze póki możesz... - rzekł nieoczekiwanie. Jego głos miał piękną, szlachetną barwę. Strój wampira mimo wielu lat spędzonych na wampirzym żywocie, mimo zniszczeń, nadał był utrzymany w dość porządnym stanie. Osoba ta przed staniem się dzieckiem nocy musiała być bardzo bogatą i wysoko postawioną postacią.
Larano leżał zaskoczony i nie mógł wyksztusić słowa.
- Uciekaj powiedziałem! - wychrypiał teraz bardziej zdecydowanie. Jednak wtedy jego głos się załamał, wampir zgiął się wpół i upadł na ziemię. Jego rany były niemal śmiertelne. Larano wbrew sobie wstał i niepewnie podszedł do demona.
- Odejdź ode mnie nim cię zabije, drugi raz się nie zawaham.
- Nie, ty jesteś poważnie chory, trzeba ci pomóc. - Larano sam nie mógł uwierzyć, że to mówi. Najchętniej by już dawno uciekł, ale coś kazało mu zostać. - Jak mogę ci pomóc? - zapytał - Przyniosę ci jedzenie wodę...
- Nie możesz, uciekaj stąd, ja nie potrzebuje wody ani jedzenia. Dobrze wiesz czego mi trzeba - Potrzebuję krwi.
- Dlaczego nie wypiłeś, więc mojej... to by ci pomogło...
- Jeśli chcesz mi pomóc to przynieś mi małego krwistego pędraka... - powiedział w końcu zakłopotany wampir. Larano pospiesznie wyszedł na dwór i po chwili znalazł małego pędraka. Zabił go i pobiegł do jaskini. Wtedy zobaczył wampira wychodzącego niepewnie, na chwiejnych nogach z jaskini.
- Dlaczego wychodzisz? Nie możesz, źle się czujesz... umrzesz...
- Nie rozumiesz?! - warknął wampir - ja chce umrzeć! Chce skończyć moje przeklęte życie... nawet nie wiem, kiedy ostatni raz widziałem słońce... I te sny... straszne sny które trapią mnie gdy tylko zamknę oczy... Wy nic nie rozumiecie! - i wtedy zemdlał.
Larano podniósł go i zaniósł z powrotem do jaskini, zostawił pędraka i wyszedł. Musiał się spieszyć. Po chwili odnalazł zaginionego guara i udał się do domu. Z zadowoleniem zauważył, że drzwi stajni i miejsce gdzie spał wciąż jest otwarte. Odprowadził guara do stajni i poszedł do pokoju gdzie spali niewolnicy. Położył się cicho na wydzielonym mu kawałku podłogi pokrytym słomą, który służył mu za łóżko. Jednak nie mógł spać. Cały czas myślał o strasznym losie wampira. Wiedział, że kiedyś słyszał coś ważnego. Coś co mogłoby pomóc wampirowi. W końcu zasnął wciąż rozmyślając na ten temat.
- Wiem! - krzyknął budząc siebie i innych niewolników.
- Kompletnie ci odbiło! Mógłbyś chociaż spokojnie spać! - krzyczał na Larana jeden z rozbudzonych niewolników - Wiesz ile my problemów mieliśmy przez tego cholernego guara?! Wiesz, że nie dostaniemy jutro przez ciebie śniadania?
Lahzi był najstarszym ze wszystkich niewolników Naihana i dowodził całą grupą. Argonian miał rogi a jego ciało pokryte byłą zielono żółtymi łuskami. Od innych jednak wyróżniała go duża postura i silnie umięśniony ogon. Każdy liczył się z tym co mówił i nikt nie śmiał mu się przeciwstawić. W niektórych kwestiach decydował nawet za samego Naihana.
- Więcej nie będziesz spał z nami w jednym pomieszczeniu! - Krzyczał Lahzi rozkopując słomę na której spał Larano - Będziesz spać z guarami to ci nie uciekną! Jak nauczysz się pokory to może pozwolę ci do nas wrócić. Larano nawet go nie słuchał. Nie miał zamiaru więcej komukolwiek służyć. Miał plan, który musiał przedstawić wampirowi. Chłopak zdawał sobie sprawę, że dziwna postać z jaskini jest jego jedyną szansą na zmianę życia.
- Wiem jak ci pomóc - wykrzyczał zmęczony Larano wbiegając do jaskini wampira.
Zauważył, że wampir jest już w lepszym stanie a jego rany zaczęły się goić. Przyczyną tego najprawdopodobniej był wyschnięty pędrak, o którego chłopak się potknął idąc jaskinią. - Znów ty.... - wymamrotał zirytowany wampir - Życie ci nie miłe głupcze? Wiesz ile mnie kosztuje powstrzymywanie się przed zaspokojeniem głodu?
- Wiem coś co mogłoby ci pomóc. - mówił niezrażony chłopak
- Dobrze więc powiedz o co ci chodzi...
- Słyszałem kiedyś o pewnym gwardziście. Na imię miał. chyba Viveca wydaje mi się, że kiedyś go widziałem.
- Wydaje ci się?! - wampir powoli zaczynał mieć dość chłopaka.
- Wybacz mi straciłem pamięć i sam nie jestem pewien kim jestem, ale słyszałem z kilku źródeł że pewien gwardzista Viveca odnalazł lekarstwo na wampiryzm. Podobno pisał swój pamiętnik.
Wampir podniósł głowę i otworzył szeroko oczy lecz po chwili wrócił do swojego znużonego stanu.
- To tylko bajki... - wymamrotał - Bajki opowiadane przez marnych niewolników, którzy chcą urozmaicić swoje nudne życie. Skąd oni by mogli o tym wiedzieć... nigdy nie spotkali tego gwardzisty ani nikogo godnego uwagi...
- Nie! Wielu z nich służyło na bogatych dworach. Niektórzy byli wystawiani na targach przez wiele tygodni, słyszeli, o czym ludzie mówią. Zresztą sam go chyba znałem jestem pewien, ze gdybym go zobaczył coś bym sobie przypomniał.
- Więc o to ci chodzi? Ty mi pomożesz w odnalezieniu lekarstwa a ja mam ci przywrócić pamięć i zdjąć to? - powiedział wampir wskazując na niewolniczego Bracera znajdującego się na ramieniu Larana.
- Nie wiem, kim byłem w przeszłości ale nie potrafię żyć w niewoli... W tym pamiętniku musi być coś napisane! Wierzę, że mogę ci pomóc.
- Dobrze niech tak będzie. - powiedział po namyśle wampir składając ręce w znak potrzebny do rozpięcia klamry.
- Jestem Larano. - powiedział chłopak gdy Bracer upadł na ziemię - Przynajmniej na razie możesz tak do mnie mówić. Nie wiem jak brzmi moje prawdziwe imię.
- Kiedyś mówiono do mnie Surielius...
- Piękne imię...
- Dla mnie nic nie znaczy. Nie jestem już tą samą osobą. Lepiej powiedz mi gdzie jest ten pamiętnik.
- Z tego co słyszałem to jest ukryty gdzieś w obserwatorium Galom Daeus - w miarę jak to mówił zdziwienie na twarzy wampira rosło - to jest chyba gdzieś pomiędzy...
- Dobrze wiem gdzie to jest! - przerwał mu wampir - Ale to nie możliwe! Tam znajduje się siedziba mojego klanu, klanu Berne! Larano przez chwile siedział zdziwiony. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek spotka wampira należącego do klanu. Zdał sobie sprawę, że osoba, z którą siedział nie była zwykłym strzygą. To był ktoś znacznie więcej. Do klanu Berne należały wampiry potężne i silne. Kogoś takiego nie łatwo było zranić, a przecież Surielius jeszcze niedawno był ledwo żywy.
- Wykluczono mnie - zaczął mówić z pewnym trudem wampir, gdy zauważył zdziwienie a może nawet strach na twarzy chłopca - i skazano na śmierć za to, że chciałem skończyć ze swoim życiem. Przestałem wykonywać rozkazy. Nie chciałem więcej przelewu krwi. Dopadli mnie parę dni temu niedaleko stąd. Udało mi się ukryć w tej jaskini.
- To straszne...
- Nie potrzebuje współczucia! - warknął wampir i dalej mówił już spokojnie - I tak do nich nie pasowałem... No lepiej już chodźmy, nie powinniśmy tu dłużej czekać. Musimy odnaleźć inną kryjówkę przed świtem. Twój były właściciel na pewno będzie cię szukać. Tam zastanowimy się co dalej zrobić.
- Hm - zamyślił się Larano - Myślę, że wiem gdzie jest odpowiednie miejsce... Chodźmy.
Szli w milczeniu kilkadziesiąt minut. Wampir wciąż zastanawiał się co zrobić z tym co usłyszał. Czy to możliwe żeby istniało lekarstwo? Zaufać dziwnemu chłopakowi? A jeśli tak to co z nim dalej począć? Przecież nie może z nim tak po prostu wejść do Galom Daeus. Pytania postanowił zostawić na noc, bo zauważył wąską szczelinę w skale, która miała być dla nich kryjówką aż do następnej nocy.

Cdn.

By Voytas (& troche endrju :P)

Ostatnia modyfikacja: 2011-05-23 09:56:23