Zaloguj się lub Zarejestruj za darmo

Wampirze Łzy cz. III

Wieczór nadszedł szybko, choć Larano nie spał wiele. Podekscytowany chłopak nie mógł szybko zasnąć. Zastanawiał się jak będzie wyglądać następny dzień. Czy inne wampiry będą podobno do jego tajemniczego przyjaciela? Pewnie nie. Odpowiedział sobie w myślach. Surelius był wyjątkiem. Z tego co mówił może spodziewać się szybkich i przebiegłych istot. Chwilę zastanawiał się jak on - zwykły człowiek może walczyć z takimi potworami. Przypomniał sobie jednak nękające go koszmary. Wojna. Walczył w przeszłości wiele razy, ale czy zdoła odtworzyć wszystko czego się wtedy nauczył? Tego Larano nie wiedział. Rozmyślając w końcu zasnął.
- Nie mogę tego zrobić. Muszę go zostawić tu, bezpiecznego. - cicho szeptał do siebie wampir - To jest wariactwo. Pójdę tam sam.
- Idę z tobą! - wykrzyknął przebudziwszy się Larano. - Nigdzie beze mnie się nie ruszysz!
- To nie ty tu podejmujesz decyzje...
- Sam sobie nie poradzisz. Wiesz, że w pojedynkę nie masz żadnych szans. - przerwał mu już spokojniej chłopak. Wampir nie odpowiedział. Zdawał sobie z tego sprawę. Za długo to wszystko trwało, już nie mógł zostawić tego człowieka.
- Słońce zaszło godzinę temu. Musimy ruszać. Nie ma chwili do stracenia.
Nie czekając długo opuścili swoją kryjówkę. ostatni etap ich wędrówki przebiegał w ciszy. oboje dobrze zdawali sobie sprawę ze cel ich wędrówki jest bliżej niż kiedykolwiek i że tylko kwestią czasu jest kiedy ich los się wypełni. Niewiele później przed ich oczyma wyrosła ogromna budowla. zbudowana z kamienia uwieńczona była wieloma kopułami i wieżyczkami wiele elementów było rzeźbionych i piękne inkrustowanych. mimo że nadgryziona już zębem czasu w budowli dało się wyczuć rękę artysty ale i zarazem doskonałego rzemieślnika.
- To... już tutaj... - odezwał się w końcu Surielius patrząc ze smutnym spojrzeniem
- Czy to siedziba wampirów? - zapytał nieśmiało Larano
- Tak ale to nie oni wznieśli tą budowlę. nie byliby zdolni stworzyć niczego pięknego. umieją tylko niszczyć. Tak jak inne ruiny porozrzucane po Vvardenfell zbudowali ją wiele lat temu Dwemerowie - krasnoludowie lecz później znikli bez śladu i nikt więcej o nich nie słyszał a wampiry niczym szczury osiedliły się tu... cóż czas obmyślić plan...
Powoli podchodzili do budowli, wybierając drogę tak aby wciąż być ukrytym za porozrzucanymi wszędzie odłamkami skalnymi. W końcu zbliżyli się do obserwatorium tak, że zobaczyli wcześniej wybrane przez nich boczne wejście. Małe drzwi kryjące rzadko uczęszczany korytarz prowadzący prawie bezpośrednio do komnaty z obserwatorium. Miejsca ukrycia księgi pozwalającej zdjąć przerażającą klątwę nałożoną na Sureliusa wiele lat temu, gdy ugryzł go wampir. Wampir cicho za pomocą zaklęcia otworzył zamek w drzwiach. Skrzydło odchyliło się a przyjaciele bez szmeru przemknęli do środka. Korytarz był wąski i wilgotny i widać było że nie został zbudowany przez zdolnych Dwemerów lecz dobudowany później w pośpiechu. Na ściany i sufit składały się warstwy prowizorycznie ociosanych szarych głazów gdzieniegdzie podpartych przez zmurszałe belki. Całą drogę przebyli w ciemnościach jednakże dla czułych oczu wampira nie był to problem. Kłopoty natomiast miał Larano który co rusz to potykał się o gruz pokrywający posadzkę korytarza lub musiał się przedzierać przez "ściany" pajęczyn klejących się do twarzy i włosów. Powoli wspinali się po długich schodach, starając się nie wydobywać żadnych dźwięków. Gdyby zaalarmowano wampiry które tam mieszkały nie mieli by żadnych szans na przeżycie. W końcu korytarz połączył się z innym, dużo szerszym. Chłopak domyślił się, że to właśnie on prowadzi do obserwatorium. Wciąż powoli pokonali drogę do komnaty. Otworzyli drzwi i zobaczyli ostatnią osobę którą chcieli spotkać. Weszli do obszernej wysokiej komnaty po środku której znajdował się ogromny, stary choć nadal wyglądający na sprawny, teleskop, a na wielkim suficie mieściła się mapa nieba z zaznaczonymi konstelacjami. W centrum pomieszczenia stała jakaś ciemna postać. Na sobie miała ciemne szaty i cała skryta była w mroku. Stała nieruchomo choć biła od niej potężna siła i moc. Surielius w lot zdał sobie sprawę iż był to Raxle Berne jego dawny przywódca.
- Surelius? - zapytał z rozbawieniem władca wampirów - Moi słudzy szukają cię po całym Vvardenfell a ty pojawiasz się właśnie tu? Przyjacielu czyżbyś przybył błagać o łaskę? Widzę, że przyniosłeś mi dar.- Nie jesteśmy przyjaciółmi i nigdy nie byliśmy. Myślę, że wiesz po co tu przyszedłem.- Chodzi ci o tą nic nie wartą księgę?! - wykrzyknął rozeźlony Raxle Berne - Ślepcu! My istoty lepsze od ludzi nigdy nie powrócimy do ludzi. Są dla nas za słabi, za głupi! Jak możesz tego nie zauważać! Nigdy nie zhańbisz naszego gatunku przemianą! Zginiesz z mojej ręki!
- Chłopcze uciekaj stąd! - Krzyknął jednocześnie skacząc i wyciągając długi miecz Surelius. Ostrza wampirów skrzyżowały się z wielką siłą krzesając w powietrze iskry. Larano szybko wbiegł do komnaty znajdującej się na prawo. Przez chwilę nie wiedział co zrobić. Usłyszał jednak za sobą cichy głos.
- To ty. Od razu cię poznałam. Chłopak szybko obrócił się. Zdał sobie sprawę, że jego najgorszy koszmar ziścił się. Przed nim stała wstrętna czarownica z jego snów. Po krótkiej chwili zauważył, że Zamberi nie wygląda już tak jak dawniej. Ciemna karnacja czarodziejki całkowicie wyblakła. Z oczodołów nie patrzyły już groźne oczy. Pozostały tylko trupie białka.- Zdziwiony? - zapytała widząc strach w oczach młodego wojownika - Nawet dla mnie wampiry były za silne. - odpowiedziała nie czekając na pytanie Larana - Mojej armii już nie ma. Nikt już nie nęka twoich ziem. Cieszę się jednak z tego. Teraz posiadam prawdziwą moc! Laska wszechmagii jest przy tym niczym!
- Kim… - starał się zapytać, przez zaciśnięte ze strachu gardło, chłopak - Kim jestem? Kim jesteś? - pytanie zaskoczyło wampirzyce.
- Krill pierwszy pułkownik armii Cyrodil. Ulubieniec Aureliusa…Odpowiedź poraziła chłopaka. W ciągu sekundy przypomniał sobie całe swoje życie. Wszystko o czym zapomniał, całe swe życie. Dowódca Aurelius. Bitwa na Ghaji. Zapomniane techniki walki. Długie treningi z wieloma mistrzami. Krill. To imię zadziałało jak klucz do jego własnej pamięci. Nie bał się już. Wiedział, że z tym czego się nauczył od Sureliusa i z tym co sobie przypomniał ma szanse pokonać wroga. W mgnieniu oka zatoczył łuk mieczem nad swoją głową i z bojowym krzykiem rzucił się na Zamberii. Czarownica szybko wyciągnęła swój miecz i sparowała atak Larana. Jego szybkość zadziwiła ją. Przy kolejnym cieciu odbitym w ostatnim momencie zrozumiała, że przeciwnik jest potężniejszy niż się jej wydawało. Walka była tak szybka, że nie potrafiła się skupić na niczym innym. Po prostu nie była w stanie przypomnieć sobie żadnego zaklęcia użytecznego w takiej chwili. Zawahała się na chwilę skupiona na czarach. Wojownik nie czekał. Wyskoczył w powietrze i wykorzystał nieuwagę wroga. Miecz Zamberii był opuszczony za nisko. Szybkie cięcie z powietrza rozłupało czaszkę kobiety. Larano przez chwile stał nad zwłokami czując jak wściekłość opada wraz z poziomem adrenaliny we krwi. Patrząc na nieruchomą sylwetkę prześladującą go przez wiele lat w snach i koszmarach sennych poczuł ulgę. Nareszcie wiedział kim jest i co tu robi. Czuł ze to było jego przeznaczenie by stawić czoła przeszłości. Jednak by czuć się prawdziwie spełnionym wiedział ze musi zrobić cos jeszcze. Natychmiast oprzytomniał i ruszył ku małej starej skrzynce leżącej na kupie gruzu której wcześniej nawet nie zauważył. Zbliżył się do niej, odgarnął kurz z wieka i powoli otworzył... - Tak! to musi być to - wyszeptał. We wnętrzu skrzyneczki znajdowała się stara oprawiona w podartą brązową skórę księga. Otworzył ją i zaczął czytać: "Prywatne zapiski Galura Rithari, Gwardzisty Viveka.

[wyjątki z ręcznie pisanych foliałów]
"Samotny i osaczony, uległem wrogowi. Postać odziana była niczym szlachcic, oczekiwałem więc zacnego potraktowania, stałem się jednak ucztą potwora-krwiopijcy. "Zawstydzony swym zepsuciem, rozpaczałem nad straszliwym losem, jaki przypadł mi w udziale. Bezwiednie pogrążyłem się w sprawach klanu Aundae. Żaden człowiek nie padł mym łupem, jedynie zwierzęta, trzymałem się też z dala od innych członków klanu. Pomimo to porzuciłem wszelką nadzieję i żyłem niczym dzika bestia.

"Wiedziony śladami poprzedniego żywota, odwiedziłem swój dawny posterunek w Bal Ur w nadziei, że wymażę część mych grzechów walcząc z tamtejszymi potworami lub ginąc z ich rąk. Tam właśnie zaniosłem swe modły do Władcy Nieszczęść, Molag Bala, na ołtarzu w jaskiniach głęboko pod kaplicą pielgrzymów. Wielkie było moje zdziwienie, poruszenie, a zarazem i przerażenie, gdy Molag Bal, czy też wysłannik Daedry, zaproponował mi uleczenie z wampiryzmu w zamian za przysługę. Nie mając nadziei na uratowanie duszy w obecnym stanie ciała, podjąłem się zadania.

Już wiedział ze znalazł to czego szukał. Błyskawicznie podniósł się na nogi i skierował ku obserwatorium. Tymczasem Surielius wyraźnie słabł. Sparowanie każdego kolejnego ciosu przychodziło mu coraz trudniej. W końcu potężnym ciosem mieczem Berne wytrącił mu oręż z ręki. Zmęczony wampir padł na kolana pogodzony ze swoim losem. - Wiedziałeś ze to się tak skończy - rzekł Raxle Berne i wziął zamach - Żegnaj Surieliu.. aachh - nie skończył gdy nagle długie cienkie ostrze Larana zagłębiło się w jego ciało. Miecz rozłupał obojczyk Berne i przecinając klatkę piersiową dotarł prawie do serca. Wampir plunął krwią i ostatnim wysiłkiem woli przed utratą przytomności rzucił się w kierunku chłopaka, opadając na niego całym ciężarem ciała a broń wampira zraniła Larana w brzuch. Oboje osunęli się na ziemię. Surielius z wysiłkiem wstał i podniósł książkę.
- Udało się masz ją. - powiedział z bólem chłopak - Będziesz człowiekiem.- Nie wyobrażam sobie życia bez…
- Musisz uciekać. - przerwał mu chrypiąc chłopak - Mi już nie da się pomóc.- Życie. Za dużo ludzi straciło je przeze mnie. Książka z głuchym stuknięciem spadła na ziemię. Surielius podniósł z podłogi tracącego przytomność wojownika i zarzucił go sobie na ramiona. Nie pozwolę by go dopadli. Nie mogą go przemienić w to czym ja jestem. Pomyślał i zaczął uciekać korytarzem nie zważając na hałas. Wykrzesał z siebie na tyle siły by wybiec z budowli i wdrapać się na pobliski szczyt góry. Wiedział, że wampiry nie odważą się iść za nim. Zbliżał się świt. Lada chwila gwiazdy na niebie znikną a każde dziecko nocy wystawione na promienie słońca zniknie.- Przyjacielu. To koniec. - powiedział do umierającego w przedśmiertnych drgawkach Larana wampir - Nie potrzeba mi żadnej książki. Przypomniałem sobie jak to jest być człowiekiem. Co to znaczy czuć. Miłość. Pamiętam już co to znaczy. Nigdy nie potrafiłbym żyć na tym świecie ze swoimi wspomnieniami… bez ciebie. Dziękuje ci.

Blade promienie słońca oświetliły wierzchołek góry. Wampir trzymając w ramionach zastygłe ciało swojego jedynego przyjaciela spojrzał w słońce. Jego skóra powoli łuszczyła się odsłaniając wysychające mięśnie i kruszejące kości. On jednak nie czuł bólu. Siedział zapatrzony w piękno zjawiska, którego nie oglądał od niezliczonych lat. Łzy kapały na ciało chłopaka. Po chwili na wzgórzu pozostało już tylko jedno ciało, a delikatny wiatr zdmuchnął szary popiół który leżał rozsypane wokół niego.

Wampir przyjaciel ludzi
I usiadł czekając na świt
Płacząc nad losem żołnierza
Przypomniał wspólne ich chwile
Gdy Słońce wyjrzało nad horyzont
Nie spalił się jednak na popiół
A rozpłynął się w promieniach poranka
By kroczyć ścieżką światłości


Ludowa piosenka mieszkańców Vvardenfell

Ostatnia modyfikacja: 2011-04-30 00:00:00

Najnowsze aktualizacje materiałów na stronie:

30.03.2013 » Newsletter - Morrowind.pl
28.02.2013 » Wymagania sprzętowe - Skyrim
28.02.2013 » Rasy - Morrowind
22.01.2013 » Osiągnięcia - Skyrim

Ostatnie informacje na Forum Morrowind.pl

05.01.2018 » Re: Gdyby był atak zombie...?
05.01.2018 » I Love Big Brother - Radio Online & Download Music
02.01.2018 » Re: Sen
28.12.2017 » Re: Gry na których się zawiedliście